TYPE O NEGATIVE: Ludzie widzą w nas faszystów, komunistów, satanistów




Rozmowa z Peterem Steelem, liderem kapeli Type O Negative

- Wychowując mnie na przykładnego katolika wszyscy mówili mi, że Bóg widzi przyszłość. Skoro tak - myślałem sobie - to dlaczego stwarza istoty, o których wie, że będą cierpieć przez całe swoje życie? Co to za Bóg, ta sadystyczna kreatura? Niektórzy powiedzą - za kogo on się uważa, żeby osądzać Boga. Więc odpowiadam - a kimże jest Bóg, żeby osądzać mnie?

MARCIN PROKOP: Podobno masz jakieś polskie korzenie - czy to prawda?
PETER STEELE: Tak. W zasadzie mój ojciec był Rosjaninem, ale moja babka była Polką, warszawianką, z domu Ratajczak. Z kolei moja matka to już mieszanka irlandzko-islandzka, można więc powiedzieć, że jestem typowym, amerykańskim kundlem.

Wydaje mi się, że "World Coming Down" to jak dotychczas twój najbardziej osobisty, a jednocześnie bardzo depresyjny album Type O Negative.
- Tak. Największy wpływ na kształt tej płyty miała śmierć mojego ojca. Umarł dokładnie w dzień św. Walentego 1995 r. To był dla mnie szok. Przez następne dwa lata, będąc w trasie, miałem dużo czasu na rozmyślanie o tym. Z tego rozdrapywania ran wzięło się właśnie "World Coming Down". W tym czasie umarło jeszcze kilku bliskich członków mojej rodziny, co też odcisnęło swoje piętno na płycie. Jestem najmłodszy w rodzinie, więc zasiadając do wigilijnego stołu, za każdym razem zastanawiam się, kogo zabraknie przy nim za rok.

Świat upada - czy to ogólna obserwacja, czy raczej osobiste stwierdzenie?
- To drugie. W moim życiu było kilka rzeczy, które zawsze uważałem za stałe, nieprzemijające i bezpieczne. W ostatnim czasie okazało się, że byłem w błędzie. Ludzie, których kochasz - odchodzą. Zmieniają się żony, dziewczyny, kochanki... jak pory roku. Przy okazji zdajesz sobie sprawę z własnej śmiertelności, zaczynasz rozumieć, że jesteś tylko kupą mięcha wprawioną w ruch, którą prędzej czy później zeżrą robaki. Twój świat upada, nieuchronnie, przez cały czas. To nie jest coś, co mnie specjalnie rozwesela.

Na najnowszej płycie przestałeś śpiewać o swoich fantazjach erotycznych...
- Dalej kocham wszystkie kobiety na świecie. Ale myślę, że na poprzednich albumach wyeksploatowałem temat pieprzenia tak dalece, że chyba osiągnąłem swój cel.

Jako mężczyzna jesteś uważany za niezłą sztukę, jak więc radzisz sobie z rozszalałymi fankami szturmującymi twoją garderobę?
- (śmiech) Nawet gdybym chciał ulec tym wszystkim pokusom, to zwyczajnie nie mam na nie czasu. No, w każdym razie nie na wszystkie. Sam jesteś świadkiem - po tobie mam dziś jeszcze 6 wywiadów, potem próbę dźwięku, a na końcu koncert. Czy myślisz, że po takim dniu ma się jeszcze ochotę na cokolwiek?

Na seks? Chyba zawsze...
- Wiesz co, wybacz, ale ja nie postrzegam tego tak prymitywnie, jak ty (śmiech). Staram się być dla kobiet najpierw przyjacielem, a dopiero później partnerem seksualnym. Najlepsze uczucie na tym świecie to kochać się z kimś, na kim naprawdę ci zależy. Ale przyznaję, że 10 lat temu byłem zupełnie innego zdania, myśląc swoją mniejszą główką (śmiech). Mam 37 lat, seks jest dla mnie nadal bardzo istotny, ale ponad to stawiam lojalność, przyjaźń i szacunek.

Czy wraz z upływem lat dostrzegasz jeszcze jakieś inne zmiany zachodzące w twojej głowie? W tej chwili chodzi mi o tę, którą nosisz na karku...
- (śmiech) Tak... Na pewno trochę bardziej popieprz... mi się w głowie po śmierci ojca. Wcześniej czułem się niczym ktoś nieśmiertelny, wydawało mi się, że ja będę zawsze. I nagle jakbym dostał pięścią między oczy. To było bardzo brutalne przebudzenie. A od strony fizycznej... Zacząłem potrzebować więcej snu. Nie jestem już w stanie chlać całą noc, a potem zerwać się wcześnie rano i czuć się dobrze. Już nie.

Na scenie kreujesz bardzo samczy image, jesteś macho, twardziel. A tu - użalanie się nad sobą, eksponowanie swoich słabości w tekstach... Coś tu nie gra!
- Płacz to przejaw słabości. Ale publiczne przyznawanie się do niego - to odwaga. Płaczę zawsze, kiedy jestem sfrustrowany. Kiedy jestem naprawdę wkurw..., ujawnia się mój gwałtowny temperament. Zazwyczaj kieruję wtedy moją agresję ku martwym przedmiotom, walę pięściami w ściany aż do krwi. Po śmierci ojca płakałem tygodniami...

Wierzysz w Boga?
- Nie wierzę. Wychowując mnie na przykładnego katolika wszyscy mówili mi, że Bóg widzi przyszłość. Skoro tak - myślałem sobie - to dlaczego stwarza istoty, o których wie, że będą cierpieć przez całe swoje życie? Co to za Bóg, ta sadystyczna kreatura? Niektórzy powiedzą - za kogo on się uważa, żeby osądzać Boga. Więc odpowiadam - a kimże jest Bóg, żeby osądzać mnie?

A jak wspominasz swoją słynną sesję fotograficzną dla magazynu "Playgirl", gdzie dałeś się sfotografować zupełnie nago?
- To był dla mnie wielki zaszczyt i wyzwanie. Ktoś pewnego dnia zapytał, czy zgodzę się na sesję dla "Playgirl", bez wahania więc odpowiedziałem "tak". Nikt mnie jednak nie uprzedził, że będę sfotografowany ze sterczącym penisem! Pytano mnie, czy na pewno sobie poradzę. To godziło w moją dumę, odpowiadałem więc - "pilnujcie swojego końca, a ja będę pilnował swojego" (śmiech). Sama sesja nie była jednak wcale łatwa. To nie takie proste utrzymać erekcję w świetle reflektorów, w towarzystwie tysiąca facetów kręcących się z aparatami. Ale wtedy pojawiła się tam pewna atrakcyjna pani, która bardzo pomogła mi w przebrnięciu przez to z godnością...

Kilka lat temu oskarżono cię o faszyzm, grożono ci nawet śmiercią. Jak to wspominasz z dzisiejszej perspektywy?
- Wolałbym, aby tamci ludzie, którzy chcieli mi zrobić krzywdę, stanęli ze mną twarzą w twarz, zamiast kryć się za opowiadaniem głupot prasie i przeszkadzaniu w moich koncertach. Czy wiesz, co oni robili? Przychodzili całymi bandami na koncerty i przecinali kable zasilające, telefoniczne, atakowali naszą publiczność... Inni z kolei widzieli w nas komunistów, Skandynawowie zaś - satanistów! Mówili: "Ach, więc to wy! Przyjechaliście spalić nasze kościoły, tak?". Zresztą, z tego co wiem, faszyzm i komunizm różnią się w rezultacie tylko odcieniem czerwieni... Stalin i Hitler byli w pewnym sensie kuzynami. Ale i tak najgorszą obelgą było nazwanie mnie chrześcijaninem (śmiech).

Czy bycie muzykiem to coś, czego pragnąłeś jako dzieciak?
- Wykonywałem już w życiu zawód swoich marzeń. Jako dzieciak uważałem, że zajebiście byłoby zostać śmieciarzem i prowadzić tę wielką ciężarówkę. I zostałem nim. Pracowałem w służbach oczyszczania miejskich parków, zbierałem pojemniki ze śmieciami. Nigdy nie chciałem na poważnie zostać muzykiem. Ale zaczęły się masowe zwolnienia z pracy i wylądowałem na bruku, zostałem więc muzykiem. Ale trasy koncertowe zaczynają mnie dobijać, więc kto wie... może jeszcze powrócę do śmieciarstwa.

Powiedziałeś kiedyś: "Chciałbym umrzeć. Czekam tylko na odpowiednią okazję"...
- Uważam, że możliwość odebrania sobie życia jest wielkim przywilejem. Jest zbyt wielu ludzi, którzy umierają latami w szpitalnym łóżku, na raka albo inną chorobę, podłączeni igłami do tych wszystkich rurek... Ja nie chcę tak umrzeć. Kiedy stanę się bezużyteczny dla ludzi, których kocham - popełnię samobójstwo. Chcę być zapamiętany jako zdrowy, pełny życia człowiek. Nienawidzę myśli, że mógłbym stać się ciężarem dla najbliższych.

Czy warto było podcinać sobie żyły dla kobiety?
- Kiedy to zrobiłem, byłem kompletnie pijany. Straciłem rozum - dosłownie i w przenośni. Po chwili zemdlałem. W szpitalu założono mi 70 szwów. Wtedy poczułem się naprawdę źle, bo okazało się, że nie tylko nie potrafię żyć. Nie potrafię nawet skutecznie umrzeć.

Jaki ślad tamto wydarzenie pozostawiło w twojej muzyce?
- Poświęciłem mu cały album "Slow Deep And Hard". Ludzie pytają mnie, czy jestem seksistą, czy to album o kobietach. Odpowiadam, że nie. To album o jednej kobiecie. O tej, którą kochałem, a która za moimi plecami przerż... trójkę moich przyjaciół.

Jak miała na imię?
- Gdybym ci powiedział, jej ego urosłoby do takich rozmiarów, że nie byłaby w stanie wytoczyć się przez drzwi. Ona nie jest warta tego, by o niej mówić. Uwierz mi.

31 stycznia 2000
Autor: Marcin Prokop
Wywiad z onet.pl


Thx dla Jacka :) [Cinn]

|BACK - WYWIADY[pl]| |[eng]|