Relacka z Koncertu/After Party i ... ;]


Koncert: Nic, czego nie daloby sie przewidziec, nic, co by nie zostalo dotad powiedziane. Type O Negative zagrali wszystkie swoje sztandarowe utwory plus z nowej plyty. Jak sie mozna bylo spodziewac, ludzie odspiewali polowe z nich z kapela (szczegolnie ladnie zabrznialo choralne "Black no.1" na koniec), a ja stalam zapatrzona, wspominajac z kumpela, jak to za czasow, gdy obie bylysmy ciezko nieletnie, dalybysmy sie pokroic, byleby poznac Petera. Cudow nie bylo- w Stodole jak zwykle: za duzo ludzia na m2, naglosnienie do odstrzalu, klimatyzacja tez by sie przydala... albo nawiew chociaz jakis...taki malutki...

Afterparty: Po koncercie stoje sobie grzecznie z kumpela (inna, nie ta od wspominek z zamierzchlych czasow) przed scena, czekam, az kumpel znajdzie chwilke czasu pomiedzy zwijaniem kabelkow i odda mi moj sweterek, juz szykuje sie na fantastyczna noc w towarzystwie zanajomych (co to nie wiedza, co to ToN- serio- tacy tez istnieja) grajacych do poznych godzin w freesbe w parku saskim. Kilkanascie osob probuje przekupic ekipe zwijajaca scene, coby zalatwili im choc autograf. Nagle z tzw. "ninacka" wyrasta przed nami koles (Gustavo- jak sie potem okazalo, bardzo sympatyczne stworzenie) z backstageowa plakietka i po angielsku pyta, czy chcialybysmy poznac kapele. Glupie pytanie. Szybki telefon do znajomych, coby dalej w to freesbe sobie grali, jeszcze jeden do kumpeli- tej od wspominek- coby jej troche cisnienie podniesc (bylo zostac i czekac ze mna na ten sweterek) i juz jestesmy za scena. W salce z gustownymi fotkami z konkursow tańca (pfuj) siedzi juz kilka osob. Stol zastawiony przysmakami znanymi ze szkolnych stolowek (blee). Co chwila wchodzi ktos informujac, ze kapela sie kapie i namawiajac do picia i jedzenia ile dusza zapragnie. No to siedzimy, marzac o piwie popijamy wode. Kazdy probuje ukryc zdenerwowanie, zartujemy z glupich groupies, chociaz wszystkim trzesa sie troche lapki i ten usmiech na twarzach jakby nerwowy jakis taki... W końcu wchodzi jakies male, paskudne babsko blond, opieprza nas wszystkich, ze tak siedzimy i zajmujemy krzeselka gwiazdom (krzeselek jest od cholery, ale nic to), a w ogole, to kto nam pozwolil cos jesc i pic... Zbesztani, grzecznie wstajemy i sterczymy jak te losie pod scianami- i wchodzi kapela... A wlasciwie wchodzi Peter. Usmiechniety, spokojny, zmeczony jak diabli. Po kolei, niesmialo podchodza pierwsze osoby, podaja bilety i karteczki do podpisu, pierwsze zdjecia. Potem juz na calego. Jakos nie zauwazylam wejscia Johnny'ego (oops). Tak naprawde zobaczylam go, kiedy uslyszalam komentarz "hej, Peter, teraz wygladasz jak Papiez", na co Peter odpowiedzial: "smiej sie, smiej, policzymy sie pozniej"- a do nas, sciszonym glosem "niech gada co chce- ja trzymam jego wyplate, he he he". Kenny tez gdzies byl, otoczony ludzmi, ale musze sie przyznac, ze go nie widzialam... Na swoje usprawiedliwienie moge podac, ze w tym momencie Peter pytal mnie i moja kumpele jak sie nazywamy i czy jestesmy z Warszawy, a potem zapytal, czy chcemy isc z nim do drugiego pomieszczenia, bo chcialby cos zjesc w spokoju. I tak zaczela sie seria retorycznych pytań. Czy moge jeszcze troche zostac i pogadac z nim w Stodole, czy mam jutro czas, czy moge mu dac swoj numer telefonu i czy chcialabym pokazac mu nastepnego dnia Warszawe, bo jeszcze nic nie widzial. Oczywiscie, ze TAK!!! Przeciez jak mialam 16 lat, to bym sie za to dala pokroic na kawaleczki! To bylo bardzo dawno temu, zmadrzalam, ale... e tam zaraz zmadrzalam... Targetem dla producentow Geriavitu zostane dopiero za kilkanascie lat. Nawet, jakbym musiala isc do pracy, to bym cos wykombinowala! Rozmawialismy (o wzroscie, rodzeństwie, czerwonym winie, koncercie i zawartosci torby podroznej Petera i innych bzdurach (sic!)) w pokoju przez ktory przewijala sie cala masa ludzi. Pewnie gdzies tam byl Kenny- ale sorry- nie zauwazylam. Na pytanie o Josha- uslyszalam, ze on nie jest zbyt socjalna osoba, ostatnio zachowuje sie dziwnie i nie lubi afterow. Trudno. Zmienilismy pokoj na taki, w ktorym przewijalo sie mniej niz 10 osob na minute. Tam Peter w końcu zjadl cos strasznie slonego (chyba kura, ktora to probowal oplukac w misce z zupa jarzynowa) i dalej rozmawial z nami (ja, kumpela + jeszcze jedna dziewczyna) i organizatorem koncertu i calym tabunem ludzi, ktorych mialo tam nie byc. Mowil, ze wszadzie w Europie jest dobrze, koncerty OK, ale takiego szaleństwa i publiki znajacej prawie wszystkie teksty, to nigdzie nie bylo i ze z checia by tu wrocil w grudniu, aby nagrac DVD z koncertu. Na moja sugestie, zeby moze tym razem menago ustawil koncert w czyms wiekszym i lepszym niz Stodola, powiedzial, ze to dobry pomysl, albo tez mozna by zagrac dwa koncerty. To nawet by bylo lepsze, bo z jednej imprezy material na DVD pewnie by byl do kitu, a tak, to sie zmiksuje... Poprosil organizatora, zeby w tej sprawie skontaktowal sie z jego menagerem. Podkreslal, jak dumny jest ze swoich polskich korzeni i ze to mile, ze wlasnie tutaj odbyl sie najlepszy koncert na trasie europejskiej. Ogolnie przekazywal setki info o sobie z predkoscia karabinu maszynowego. I tak, dowiedzialam sie, ze jest leworeczny, ale na giterze gra jak praworeczny, bo mu sie strun przestawiac nie chcialo. ze ma soczewki kontaktowe, ktore poglebiaja zieleń jego teczowek tylko o jeden ton. ze nieznosi "World coming down", bo byl wtedy zbyt nieprzytomny z wiadomych powodow, zeby cos kontrolowac i ze to robota Josha. ze mieszka na Brooklynie w piwnicy, na parterze jego mama, a na pietrze siostra. ze ma 4 koty: Griselda, Tito, Weena i Nixon, ktore potrafia odebrac telefon..., ze nie palil nigdy, ze nie pije na trasie, bo potem nic nie pamieta, a to glupie... itd, itp. Kilka razy wracal sie do sali, w ktorej odbywalo sie wlasciwe afterparty, pozowal do zdjec, rozmawial z ludzmi. Przy kolejnej pozowanej fotce, ktos powiedzial "Peter, smile"- wtedy zrobil straszna mine i powiedzial przez zcisniete zeby "I'm smiling". Brrrr- straszne!!! ;) Dla nas byl caly czas strasznie uprzejmy, przepraszal, ze wychodzi na chwile, mowil, gdzie idzie i za ile wroci. Wszystkim przedstawial nas jako swoje siostry, a jak raz "wypad" zajal mu wiecej czasu, niz wczesniej zapowiedzial, to przyslal chlopaka, zeby nas uspokoil, ze "Peter przeprasza i za 5 minut juz bedzie napewno..." (!!!) A ja sobie tak siedzialam, probujac opanowac galopade mysli w mojej glowie i strzygac oczami do kumpeli (o ile mozna strzyc oczami wielkimi ze zdziwienia jak 5 zlotych). W pewnym momencie Peter wyjzal za okno i zobaczyl czekajacych tam ludzi. Znowu nas przeprosil i wytlumaczyl, ze przeciez nie mozna pozwolic, zeby ludzie tak czekali na marne i ze musi do nich wyjsc i sie przywitac. I poszedl. Strasznie to wszystko bylo sympatyczne. Gdzie sie podzial ten antychryst pijacy hektolitry wodki (a, wlasnie- pilismy czerwone wino), grozny dla otoczenia przestepca majacy piecioletni wyrok w zawieszeniu za pobicie? Potem wszyscy sie zaczeli zbierac, autokar z reszta kapeli odjechal w kierunku Helsinek, kumpela mi uciekla, a Peter zapytal, ze bym nie odwiozla go do hotelu- pomogla sie zaczekowac do pokoju, a potem da mi na taksowke do domu... Ja oczka w 5 zl, wszyscy na mnie jak na "groupie", a Peter na to sciszonym glosem, najwyrazniej rozbawiony sytuacja "naprawde chodzi mi tylko o pomoc w hotelu- nie o seks". Moje oczka wrocily do normalnych rozmiarow. OK, czemu nie. Nic to, ze wzrok innych utkwiony we mnie dalej mowil "GROUPIE!!!". A co mi tam. I tak pojechalismy do hotelu Victoria (pfuj). Tam- niespodziewajka- nikt nic nie wie o pokoju zarezerwowanym na nazwisko Peter Steele. Sie przydalam w końcu do czegos. Szybki telefon do organizatora i rozwiazanie zagadki, ktore rozbawilo i Petera i mnie- pokoj zarezerwowany na nazwisko "Piotr Ratajczyk". Odstwilam wiec Ratajczyka do pokoju, krotka rozmowa o planach zwiedzania Warszawy na jutro, mala dyskusja o koniecznosci dania mi kasy na taksowke (na nic moje proby przekonania go, ze mieszkam niedaleko i ze na takse to mnie jeszcze stac). Bo on ma 5 siostr i nie chcialby, zeby same po nocy lazily, bo po ulicach chodza tacy faceci jak on i siostrom by nie pozwolil, to mi tez nie da... no i wez sie kloc z tak wielkim facetem???!!! A wszystko to przez zupelnie mi niepotrzebny sweterek...

Next day W pierwszej wersji mielismy sie spotkac o 15tej w hotelowym lobby. O 14.30 dzwoni Peter przepraszajac, ze musi przesunac spotkanie na 16ta, poniewaz ma kilka telefonow do wykonania. Tak wiec punktualnie o 16tej stawilam sie w hotelu (punktualnosc nie jest moja mocna strona, ale tym razem sie postaralam;)). Juz czekal. napilismy sie kawy w hotelowym barze, a potem Peter zaprosil mnie do pokoju, poniewaz jeszcze musial wykonac jeszcze kilka telefonow. I tak bylam swiadkiem dwoch rozmow, ktore zachwialy moim (uksztaltowanym przez media) wyobrazeniem o Peterze. Jeden telefon do siostry- w sprawie ustalenia listy zakupow prezentow dla reszty siostr (total 5) i siostrzenic (total 5), byly tez pytania o mame, koty i o koniecznosci wykonania niezbednych napraw w domu. Wniosek jaki wyciagnelam po przysluchaniu sie pierwszej rozmowie- Peter Steele jest czlowiekiem!!! Druga osoba, do ktorej zadzwonil Peter byl chlopak, ktory byl na afterparty. Zostawil kapeli kilka waznych dla niego zdjec do podpisania i gdzies zaginely, a Peter obiecal ich poszukac. Poniewaz sie nie znalazly, zadzwonil, aby przeprosic, obiecac, ze jeszcze poszuka i popyta chlopakow (rzeczywiscie dzwonil do chlopakow, ktorzy byli gdzies w okolicach Rygi w drodze do Helsinek). Pomyslalam, ze to strasznie mile, ze Peter pamieta o takich rzeczach i ze jak cos obieca, to dotrzymuje slowa. Wniosek nr 2- Peter Steele jest strasznie fajnym czlowiekiem. Po wykonaniu wszystkich niezbednych telefonow poszlismy do pubu Indeks (dawne Giovanni), gdzie czekala trojka moich znajomych, ktorzy podobnie jak ja kiedys- daliby sie pokroic, byleby poznac Petera. Siedzielismy tam kilkadziesiat minut pijac pifko i rozmawaijac o bzdurach. Kumpel, ktory mial przywiezc aparat sie spoznial, ja przepraszalam, ze to tak dlugo trwa, a Peter uspokajal, ze przeciez fajnie mu sie tak siedzi i nic nie robi, bo rzadko kiedy zdarza mu sie nigdzie nie spieszyc i lubi sie delektowac "nicnierobieniem". W końcu pojawil sie kumpel z aparatem i plytkami do podpisu i kumpela (ta, od wspominek, o ktorej pisalam w czesci "Afterparty"). Fotki, gadki, pytania, odpowiedzi. Standard. Wyszlismy z Indksu i poszlismy w kierunku Starego Miasta. Peterowi bardzo podobala sie historia zburzenia i odbudowania Starowki i sama architektura (skad ja takie rzeczy pamietam? Ostatni raz bylam na Starowce w liceum i to niezbyt chyba trzezwa). Zainteresowal sie tez polska policja i jej poprzedniczka- milicja. Obiecalam mu skombinowac koszulke i policji i milicji- tak wiec jak ktos moglby mi w tym pomoc- bylabym wdzieczna. Kilka razy podchodzili ludzie z prosba o autograf i fotki- za kazdym razem Peter zgadzal sie z... no nie, nie napisze "z usmiechem"... bo w jego wykonaniu to wyglada conajmniej strasznie- no, ale z "czyms w rodzaju usmiechu"- chyba moze byc. Nie? Reszta ludzi patrzyla sie dosc dziwnie na zielone monstrum dumnie kroczace po ulicy z podniesiona glowa. Razem tworzylismy dosc dziwna pare, poniewaz ja tez mala nie jestem (w tamtych butach jakies 187 spokojnie). W kazdym razie gapili sie wszyscy- i ci, ktorym switalo, ze skads tego faceta kojarza i ci, ktorzy nie mieli zielonego pojecia kim on jest. A ja sobie tak tuptalam z opuszczona glowa, zastanawiajac sie, gdzie by tu mozna sie schowac. Wiecie jak trudno jest rozmawiac z kims tak wysokim? Moze wiecie- ja w kazdym razie nie jestem przyzwyczajona do ludzi o tyle wyzszych ode mnie, wiec co chwila lapalam sie na tym, ze gapie sie w ziemie, podczas gdy Peter z rozmowcami stara sie trzymac staly konatkt wzrokowy. Strasznie to stresujace. I tak zesmy sobie spacerowali malymi uliczkami Starowki. Potem jeszcze park saski i fascynacja Petera mundurowymi przybrala na sile. Momentami zachowywal sie jak rozbawiony pieciolatek (strasznie duzy i brzydki pieciolatek ;)))). Nie wiem, czy mi uwierzycie, ale wydaje mi sie, ze bylam swiadkiem prawdziwego, szczerego usmiechu w wykonaniu Petera! A wszystko za sprawa malej dzidzi, ktora wylozyla sie w kwiatki pod fontanna i lezala tak straszliwie zdziwiona. Tata dzidzi sie smial, ludzie dookola sie smiali i ku mojemu zdziwieniu- Peter tez sie smial nie wygladajac przy tym jak skrzyzowanie wampira ze strzyga. Na koniec poszlismy do restauracji hotelowej na kolacje (co sie wczesniej naszukalam knajpy z dobrym polskim jedzonkiem- to moje. No ale Amerykanin, zawsze Amerykaninem pozostaje- skończylo sie na hamburgerze, frytkach i dietetycznej coli -pfuj...). Obsluga hotelu szybko dowiedziala sie, kim jest ten wielkolud z dlugimi piorami (ku naszemu zdziwieniu, wzmianka o koncercie TON ukazala sie w hotelowej gazecie- z malym zdjeciem Petera). Poniewaz zasadniczo roznil sie od typowych gosci hotelowych- obsluga restauracji troche jakby wyluzowala i z rozbawieniem obserwowala jak Peter bawi sie frytkami na talerzu (ja staralam sie zachowywac powaznie- hotele mnie stresuja, ale chyba srednio mi to wychodzilo- bo jak tu sie nie smiac???). Swoja droga hotel Victoria jest paskudny (pomimo kilku milych osob). Nie dosc, ze z angielskim u nich nie najlepiej- np. wczesniej Peter zamowil na sniadanie litr zimnego mleka i powtarzal to kilkukrotnie, a dostal kubek goracego, to jeszcze reakcja panienek w recepcji z wieczornej zmiany- na mnie, pozostawiala duzo do zyczenia, co nie podobalo sie Peterowi. Fakt- w garsonce od Chanel, to pozwole sie najwyzej pochowac (mam jednak cicha nadzieje, ze rodzina by mi tego nie zrobila), ale okazywanie przez jedna babe wyzszosci troche podnioslo mi cisnienie. Peter skomentowal to tak, ze teraz juz rozumie, czemu nie znosze hoteli i zebym sie nie przejmowala, bo ta baba widocznie jest zazdrosna. Kto mu pisze te teksty? Zawsze na wszystko ma odpowiedz, od ktorej sie milo robi... Na koniec kolejna dyskusja o koniecznosci dania mi kasy na taksowke (to chyba jakas obsesja). Oczywiscie- przegralam.

No i tak zakończyl sie pierwszy dzień wycieczki.

Nastepnego dnia umowilismy sie o 12.45 (znowu byl punktualnie- ja, o dziwo, prawie tez) i poszlismy Nowym swiatem na zakupy dla jego mamy, siostr i siostrzenic. Warszawa o dziwo bardzo mu sie spodobala (pomijajac laczenie starego budownictwa z nowymi paskudnymi drapaczami chmur). Mowil, ze gdyby mogl, to chetnie by w Polsce dluzej zostal, znalazl moze miejsce, gdzie kiedys mieszkala jego babcia, zobaczyl inne miasta (Shiryou- nie to, zebym sie podlizywala, ale proponowalam Krakow). Widzial niewiele- bo i czasu malo i zmeczony straszliwie ta trasa byl, ale cieszyl sie, bo w innych miastach nie mial w ogole czasu na zwiedzanie i takie luzne przechadzanie sie po ulicach. smial sie, ze nie pamieta, kiedy ostatnio tyle przeszedl na piechote i ze juz zapomnial jak relaksujace takie chodzenie bez celu moze byc, mimo, ze stopy bola. Ja patrzylam tylko zauroczona, jak taki wielki facet posiadajacy 4 koty moze dbac o moja sunie, ktora na spacer zabralam. A to, ze psa do cienia, a to psu wode kupic w KFC (Amerykanie sa straszni, jezeli chodzi o jedzenie), a to z hotelu wyniesc psu wode w popielniczce... Nie wiem, z ktorej bajki on sie wzial, ale fajna musi byc. Po 14tej bajka sie skończyla i taksowka zabrala go na lotnisko. I tyle.

Potem tylko zadzwonil z Helsinek, zeby pochwalic sie, ze malo brakowalo, a by go z Polski nie wypuscili. Okazalo sie, ze na granicy polsko-czeskiej (chyba) celnicy nie wbili mu pieczatki wjazdu do kraju, a celnicy na lotnisku stwierdzili, ze nie moge wypuscic kogos, kto oficjalnie do Polski nie wjechal... niezla paranoja. Siedzial tak kilkadziesiat minut w jakims pokoju i tlumaczyl wszystko, patrzac sie nerwowo na zegarek. W końcu do pokoju wsunela sie jakas glowa, usta tejze glowy wyszeptaly "Peter Steele..." i po rozdaniu jeszcze 2 autografow siedzial juz w samolocie... A mogli go, cholera nie wypuszczac...;)))

A o czym rozmawialismy? Pomijajac bzdury i sprawy na tyle prywatne, ze nie moge o nich pisac- to prawie o niczym.

Historyjka nr 1. Kiedy zepol nie byl jeszcze na maxa rozpoznawany- podpadl anarchistom. Kiedys urzadzili bojkot koncertu, zaczepiali fanow TON, rzucali czym popadnie w klub, gdzie mial sie odbyc koncert itd. Chlopcy z TON niewiele myslac dolaczyli do anarchistow i szybko zdobyli ich sympatie krzyczac glosniej anty-TON hasla i rzucajac celniej. Po czym weszli do klubu i ze sceny pozdrowili anarchistow, ktorych kilku dostrzegli w tlumie fanow. Podobno fajnie sie wsciekali.

Historyjka nr 2.

Peter uwielbial swoja prace w zieleni miejskiej. lazil godzinami po parku i jeszcze mu za to placili. Kiedy Ci "lepsi" Amerykanie probowali wydawac mu rozkazy i mowili co ma robic- udawal, ze nie rozumie po angielsku. Teraz marzy o tym, by tak jak kiedys wstawac rano, a nie po poludniu, teskni za swiatlem slonecznym. Stwierdzil tez, ze mysli o wakacjach- takich dwutygodniowych chociazby, np o przejechaniu Europy samochodem. Przydaloby sie, tym bardziej, ze ostatni raz na wakacjach byl jakies 7 lat temu (!!!).

Historyjka nr 3.

Peter nie znosi plyty "World coming down". Byl zbyt nieprzytomny, by kontrolowac jej produkcje. Wszystkim zajal sie Josh- i dlatego jest mroczniejsza niz inne. Teraz, przy pracy nad "Life is killing me", nie pozwalal sie nikomu wtracac (co nie znaczy, ze nie rozwazal sugestii i rad). Z tego wynikly male spiecia pomiedzy nim, a Joshem. W sumie nic nowego, zwlaszcza, ze w wielu wywiadach przyznawal, ze w studio dochodzi czasem do awantur i ze jest despota, jezeli chodzi o jego muzyke. mowil, ze kazdy nowy kawalek slyszy w glowie, wyobraza sobie dzwieki i strasznie sie wkurza, kiedy ktos mu probuje poprzestawiac to, co sobie wyobrazil. Od grania na zywo woli pisanie tekstow i prace w studio. Nie lubi opuszczac Brooklynu, nie miesci sie w autokarowych lozkach. Kiedy przez cala trase byl pijany i/lub nacpany- to mu to nie przeszkadzalo, ale teraz, kiedy zorientowal sie, ze tak naprawde niewiele z tamtych tras pamieta, stwierdzil, ze to glupie.

Historyjka nr 4.

Lubi fanow, ktorzy sluchaja i doceniaja jego muzyke. Nie lubi tylko tych, ktorzy ja nadinterpretuja, biora zbyt serio, albo mysla, ze go znaja po wysluchaniu kilku kawalkow. Przeraza go, gdy satanisci zaczynaja poslugiwac sie jego slowami dla uzasadnienia swoich teorii. Twierdzi, ze kiedys bawilo go opowiadanie strasznych historyjek o sobie- na uzytek mediow. Potem przestalo, ale media i fani i tak inetrpretuja jego slowa jak chca. W końcu razem z chlopakami z zestpolu ustalili, ze na dane pytanie kazdy bedzie odpowiadal inaczej, a potem podsumuja, ktory z nich opowiedzial najzabawniej.

Historyjka nr 5.

W wolnych chwilach lubi jezdzic i naprawiac swojego harleya i samochod (sorry- nie pamietam jaki), ktory przerobil na cos w rodzaju czolgu. Cierpi na manie zakupow- ale nie ciuchow, ani innych takich, tylko typowych zabawek dla duzych chlopcow- mlotkow, pil, wiertarek i tym podobnych. Jak sam mowi- chlopcy zawsze pozostaja chlopcami, tylko ich zabawki sa drozsze. Z sasiadami ma coraz lepsze stosunki, odkad przestal organizowac proby zespolu w swojej piwnicy, ktore kiedys kończyly sie ogromnymi i glosnymi balangami. Teraz przerobil piwnice na mieszkanie dla siebie i swoich 4 kotow. A... wlasnie- koty. Kotom wolno wszystko, to one rzadza. Oczka z rozmiaru 5 zl powiekszyly mi sie do rozmiarow denek od butelek, kiedy wyjal z portfela ofoliowane, malutkie zdjecie najstarszej kocicy- Griseldy.

Na koniec- powiem tak- wszystko, co sobie do tej pory wyobrazaliscie o Peterze, wsadzcie miedzy bajki. Nie twierdze, ze ja wiem, jaki jest Peter. Nie wiem, czy on sam tak naprawde wie. Kilka razy sie na mnie zloscil, kiedy powatpiewalam w to, co mowil. Kilka razy ja sie wsciekalam, bo w jednej chwili bardzo chcial, zebym mu w cos uwierzyla, a po kilku minutach mowil cos zupelni przeciwnego, wchodzil w role pt. "rockstar". Co jest rola, a co prawda? Nie mam pojecia. Wiem jedno- zapomnijcie o dotychczasowych wyobrazeniach, bo to na pewno nie tak.

Autor: [ Red ] Bardzo wielkie podziekowania dla Ciebie za unikalna relacje. Niech TON bedzie z Toba!